
OPISY GŁÓWNYCH BOHATERÓW :
BIOLOGICZNA MATKA
Wysoka, szczupła kobieta o ciemnych włosach. Ponoć niebrzydka. Matka szóstki
dzieci.
Nie mam zamiaru oceniać jej postępowania – nie do mnie ono należy. Jedno co
wiem, to to że ja bym nie umiała zostawić dzieci w domu dziecka nie znając ich
losów.
BIOLOGICZNY OJCIEC
Partyjna „szycha” na wysokim stanowisku w urzędzie miasta /znam jego nazwę/ .
Nie zgłosił się do sądu, aby zrzec się praw rodzicielskich. Nic dziwnego – dla
niego bękart po skoku
„w bok” to wstyd. Szkoda, że wcześniej o tym nie pomyślał, ale inaczej nie
byłoby mnie.
RODZEŃSTWO
Mam piątkę rodzeństwa. Trójka z nich przebywa / czy jeszcze? / w Szwecji – chyba
ma się dobrze. Siostra została też adoptowana do rodziny zastępczej, a brat? Nie
wiem nic na jego temat.
ADOPCYJNI RODZICE
MATKA ZASTĘPCZA
Po poronieniu i ciężkiej operacji nie mogła mieć już dzieci - stąd ta decyzja o
adopcji.
Nie chcę o niej mówić źle, nie wypada a w sumie zawdzięczam jej dach nad głową.
Więcej o niej napisałam w pamiętnikach. Mam wrażenie, że nie umiała mnie kochać
jak własne dziecko. Najmilej co z nią się wiąże to spotkania u jej siostry,
gdzie była trójka dzieci i mogłam się do woli wyszaleć. Nawet teraz 14 lat po
jej śmierci zastanawiam się, czy wszystkie przykre sytuacje musiały mieć
miejsce. Gdyby choć trochę inaczej postępowała moje losy też może byłyby inne.
No cóż – tak wyszło.....
OJCIEC ZASTĘPCZY
Od pierwszej chwili kiedy go tylko zobaczyłam zaczęłam wołać na niego – tata.
Czy już wtedy wiedziałam, że to ten co da mi to czego najbardziej potrzebowałam?
Pamiętam, że umiałam wykorzystać jego słabość do mnie. Jak wracaliśmy skądś
zawsze „bolały” mnie nogi. Tylko po to żeby mnie wziął na barana i niósł. To on
zanosił mnie do łóżka i nakrywał
pierzynką. Dostawał za to buziaka i oboje byliśmy bardzo szczęśliwi. Po latach
wiem, że tylko on mnie kochał szczerze bez stawiania warunków. Kochał taką jaką
byłam.
MĄŻ I TEŚCIOWIE
MĄŻ
Nie jest może ósmym cudem świata i nie musi być. Kocham go głównie za spokój i
wsparcie w trudnych chwilach, a tych mi nie brakowało. Żal mi go było kiedy mama
nie umiała docenić jego starań. Co by nie zrobił – robił źle. To też odbijało
się na naszym małżeństwie. Wyprowadzka była najlepszym rozwiązaniem dla nas
wszystkich.
Jaką ma wadę? Nie potrafi okazywać uczuć - nie jest wylewny w okazywaniu ich,
ale wiem że na swój znany tylko sobie sposób mnie kocha.
TEŚCIOWA
To wspaniała kobieta. Przede wszystkim bardzo
pogodna i wesoła. Była bardzo młoda jak ją poznałam. W niej znalazłam
powierniczkę swych radości i kłopotów. Z nią umiałam rozmawiać o wszystkim.
Razem śmiałyśmy się do łez i razem też płakałyśmy. Na jej pomoc mogłam zawsze
liczyć nawet tą finansową mimo, że sama nigdy nie była bogata. Często męża
pytałam: - dlaczego to ty masz taką fajna mamę a ja ?Ale cieszę się, że los
postawił ją na mojej życiowej drodze. Sama już jestem teściową i chciałabym taka
jak ona.
TEŚĆ
Wobec mnie był zawsze miły i szanował mnie. Nie zarabiał kokosów jako kierowca i
konwojent. Jak przynosił do domu owoce zawsze się ze mną nimi dzielił. Lubił
wypić piwo, ale nie zawsze go było na nie stać. Ja pod nieobecność teściowej
dawałam mu na nie – lubiłam go na swój sposób.
Zachorował na raka krtani w 1991 roku. Kiedy zgłosił się do lekarza było już za
późno. Lekarz dał mu trzy miesiące – przeżył dwa. Zmarł na stole operacyjnym
8-go marca w piękny słoneczny dzień. Po jego śmierci wspierałam teściową jak
tylko mogłam. Wiem, że za te chwile jest mi wdzięczna.
MOJE - NASZE DZIECI
MOJE – NASZE DZIECI
Przede wszystkim są bardzo kochane.
Córka od najmłodszych lat była bardzo odpowiedzialna. Mogłam ja zostawić z synem
idąc na zakupy i wiedziałam, że jak wrócę będzie wszystko ok. Raz z miłości do
brata wyciągnęła szczebelki z łóżeczka, żeby go „uwolnić”
Czy było miłością bicie go później – wątpię i za to najczęściej stała w kącie.
Pracowałam na zmiany więc miedzy nich dzieliłam obowiązki w miarę ich
dorastania. Teraz po latach powiedzieli mi, że dobrze że ich czegoś nauczyłam-
stali się samodzielni i odpowiedzialni.
Pokończyli technika. Pozdawali matury. Córka studia ekonomiczne, a syn studium
ochrony.
Pomagają sobie wzajemnie, spotykają się. Nie potrafią bez siebie żyć.
Ja patrząc na ich roześmiane twarze jestem szczęśliwa i dumna, że je mam.
J A
Jaka jestem? Nadal żywiołowa. Zawsze uśmiechnięta – nawet jak mnie coś dręczy
nie daje po sobie tego poznać. Moje motto to „ moja twarz nie jest książką do
czytania”. Nie pozwalam sobie złym słowem ubliżać, nie dają się również poniżać.
Nie lubię fałszu, unikam zazdrości.
Cenię szczerość, przyjaźń i zaufanie. Wszystkim bliskim starałam się okazać
wiele miłości. Sama wiem jak bez niej źle, bo mnie zawsze jej brakowało.
Jeśli ktoś zapyta: - czy jesteś szczęśliwa? Bez wahania odpowiem:- Tak – jestem
szczęśliwa.
Mam to o czym zawsze marzyłam – spokojny dom i kochającą się rodzinę. Dobre
materialne, które mamy zawdzięczamy sobie i ciężkiej pracy.

Swój pamiętnik rozpocznę
nie od urodzenia, ale... poczęcia
Moja biologiczna matka, która już urodziła piątkę dzieci zdradziła ojca z
„szychą”- tak to się wtedy nazywało. Tak więc poczęłam się ja – jako dziecko
niechciane. Matka stosowała różne „sztuczki”, aby tą ciążę poronić, jednak już
wtedy byłam na tyle silna, aby ujrzeć świat. Po urodzeniu jednak zostałam oddana
do domu małego dziecka. Później do domu dziecka czyli „ bidula”. Z tego okresu
pamiętam tylko dużą salę z łóżeczkami i siostrę nachylającą się nade mną, aby
poprawić mi kołdrę. Kilka małżeństw było zainteresowanych adopcją mnie, ale
byłam żywiołowym dzieckiem i nie potrafili sobie ze mną poradzić. W jednej z
nich jako trzylatka miałam za zadanie pasanie stada gęsi i ponoć pomagać w
gospodarstwie, ale tego nie pamiętam niestety, a może i dobrze?
Przypominam sobie....
sytuację kiedy będąc w jakimś mieszkaniu biegam po nim szukając swoich ubrań, bo
przyszedł jakiś pan z panią i ten pan to był mój "tata"- tak myślałam . Skoro
"tata" przyszedł to chciałam z nim iść. Rzuciłam mu się na szyję wołając: -
tata, tata przyszedł i idę z nim. Jak się później okazało parą, z którą wtedy
chciałam iść byli przybrani rodzice, którzy mnie adoptowali. Zaczęły się
starania o adopcję i jako czteroletnia dziewczynka trafiłam na okres próbny do
kolejnej rodziny zastępczej. Ja też byłam na okresie próbnym – pod nadzorem
kuratora. Okres próbny zdaliśmy wszyscy, choć dziś się dziwię, że rodzice
przybrani ze mną go wytrzymali a potem resztę mojego wychowania. Byłam żywiołowa
i nieufna. Nawyki moje wyniesione z domu dziecka dość długo jeszcze objawiały
się chowaniem chleba do rajstop i walką o jedzenie. Z biegiem czasu zrozumiałam,
że w tym domu głodna nie będę. Byłam wszędobylska i w każdą dziurę musiałam
wejść. Nieraz mama mi powtarzała: - ty lucyferze miałaś być chłopakiem. Jeśli
chodzi o mój charakter to miała rację. ... Pamiętam, że wykopałam świeżo
posadzony rabarbar, psu złamałam nogę. Kilka kur uśmierciłam, a co jeszcze
nabroiłam tego nie sposób wyliczyć.
Do dwunastego roku życia
Dorastałam i w domu na ile umiałam zaczęłam pomagać. Zaczęłam chodzić do szkoły
– najczęściej przez pola, bo było bliżej. Jako dziewięciolatka przeżyłam ciężkie
chwile. Mama zachorowała, a ja musiałam zająć się jej pracami w tym dojeniem
dwóch krów – przed wyjściem do szkoły. Bolały mnie ręce i było mi ciężko,
dlatego wynajęli kobietę do dojenia krów, a z resztą obowiązków musiałam radzić
sobie sama. Przypominam sobie ugotowaną przeze mnie kartoflankę. Zupa była tak
gęsta, że łyżka w niej stała. Tata był jednak dumny ze mnie – dolał wody,
przyprawił i była pyszna – tak przynajmniej mówił. Po długiej chorobie mam
wracała do zdrowia, ale nie była już tak silna jak poprzednio. Kilka razy
jeszcze bywała w szpitalach, ale ja już byłam nastolatką więc mi było łatwiej
podołać obowiązkom.
Kiedy miałam 12 lat
Był listopad – ja zachorowałam. Początkowo była to tylko grypa, ale źle dobrane
lekarstwa spowodowały zapalenie stawów i zapalenie mięśnia sercowego. Leżałam
przykuta do łóżka nie mogąc głęboko oddychać i się ruszać Każdy ruch powodował
ból. Wylądowałam w szpitalu. Gdyby nie zastrzyki kilka razy dziennie byłoby mi w
nim całkiem dobrze. Poza tym mama przyjeżdżała w odwiedziny codziennie prawie, a
tata tylko w niedziele- nie miał czasu pracując zawodowo. Lubiłam się też bawić
z dziećmi. Szczególnie przypadła mi do serca Danusia. Była sierotą z domu
dziecka. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to bratnia dusza. Wiem tylko, że
bardzo prosiłam rodziców o zabranie jej do domu – miałabym siostrę. Po szpitalu
byłam jeszcze w sanatorium, w którym mi się nic nie podobało. Rodzice wypisali
mnie na własne żądanie.
Między trzynastym a osiemnastym....
Skończyłam szkołę podstawową – zaczęłam zawodową, choć marzyłam o technikum.
Chciałam zostać weterynarzem . To były moje marzenia na które rodziców nie było
stać, bo książki drogie, internat i takie tam. Ja myślę, że główny powód to to,
że zostaliby sami a moja pomoc była im niezbędna. Właśnie w zawodówce
dowiedziałam się od „życzliwych koleżanek”, że jestem adoptowana. Pamiętam jak w
niedzielne południe podeszłam do mamy obierającej ziemniaki I zapytałam wprost:
- powiedz mi czy to prawda, że jestem przez was adoptowana? Mama spojrzała na
mnie, pobladła i kartofel z nożem jej wypadły z rąk. Obudziła tatę, który zawsze
przed obiadem sobie drzemał. Zaczęło się wypytywanie, kto, co, skąd, jak?
Powiedziałam im, że w szkole mi powiedziały dziewczyny. Wtedy przyznali, że to
prawda i trochę opowiedzieli o mnie a raczej o przeszłości. Poznałam również
nazwisko matki. Przeżywałam to na swój sposób. Opuściłam się w nauce, zaczęłam
grzebać w przeszłości. Znalazłam adres poprzedniego zameldowania – był to adres
matki biologicznej. Pojechałam pod ten adres. Tam od sąsiadek dowiedziałam się,
że owszem taka pani tu mieszkała, ale kilka lat wcześniej się wyprowadziła.
Wyjechała do Szwecji zabierając trójkę najstarszych dzieci, a trójkę zostawiła.
W tej trójce pozostawionych dzieci byłam i ja. Dowiedziałam się również, że
została siostra i brat w domach dziecka. Siostra została adoptowana do rodziny
zastępczej w Urbanowicach, a o losie brata wiem tylko tyle, że moim rodzicom
proponowano jego adopcję. Oni jednak adoptowali tylko mnie. Skończyłam jednak
zawodówkę z ocenami niższymi, ale jednak skończyłam. Zaczęłam pracę zawodową i
nadal pracowałam w gospodarstwie. Nieraz padałam zmęczona o 19.00 – nawet mi się
kolacji nie chciało jeść. Rano wstawałam wcześnie, żeby przed wyjściem do pracy
pomóc mamie w obrządku. Tak minęło moje dzieciństwo i najlepsze lata młodości.
Spotkanie
Pracując poznawałam różnych ludzi w tym chłopaków. W taki też sposób poznałam
Jego. Spotykaliśmy się często, ale były to tylko spotkania koleżeńskie. Bywały
kłótnie, przeprosiny aż do czasu kiedy się w nim zakochałam. Mamie do gustu nie
przypadł ale trudno. Twierdziła, że on blokowy i „ gołodupiec”. Mnie to akurat
najmniej interesowało. Zawsze twierdziłam, że jeśli ktoś chce to się może sam
dorobić. Przychodził do mnie, pomagał mi w pracach polowych - było raźniej.
Dostał powołanie do wojska na drugi koniec Polski. Obiecałam, że będę czekać na
niego i obietnicy dotrzymałam. Czy on tego żałuje – nie wiem.
Kiedy miałam 22 - 23 lata
Wyszłam za niego za mąż. Mieszkaliśmy razem z moimi rodzicami. Pracowaliśmy
oboje zawodowo i w gospodarstwie. W miesiąc po ślubie zaszłam w ciążę, którą
poroniłam z powodu osłabienia organizmu. Zabolało mnie pytanie mamy: - czy aby
nie zrobiłaś tego dziecka przed ślubem? Jakie to miało znaczenie skoro i tak już
ciążę ta straciłam. Mąż pracował na zmiany – sypiał o różnych porach dnia co
mamie się bardzo nie podobało. To był częsty powód kłótni między mamą a mężem.
Chciałam dobrze w zgodzie żyć z nimi, ale niestety tak się nie dało. Zaszłam
ponownie w ciążę po dłuższym czasie. Był to problem kolejny dla mamy, bo dziecko
ma się urodzić kiedy będzie w polu mnóstwo roboty. Czekaliśmy na nie. Próbowałam
się oszczędzać, ale było to niemożliwe. Na szczęście urodziłam śliczną i zdrową
córeczkę. Po powrocie ze szpitala byłam osłabiona o pracy w polu nie było mowy.
Pomagałam tylko w domu – nie wychodząc w pole, dlatego też nie dostałam kropli
mleka – tak teraz mi potrzebnego. Mleko nosiła mi teściowa z zakładu pracy. Nie
było tak wartościowe jak to bezpośrednie od krowy, ale dobre i to jak nie ma
nic. Mama sprzedawała mleko obcym ludziom, jakie to było przykre.... Wróciłam do
pracy w polu, a później do pracy zawodowej na pół etatu. O dziwo mama zajęła się
córeczką, ale nic dziwnego kochała ją bardzo – jej nie można było nie kochać.
Kolejna radość /dla nas/
Kiedy córka skończyła półtora roku zaszłam znowu w ciążę. Nieplanowaną to fakt.
Sama się popłakałam. Owszem chciałam dwójkę dzieci ale nie tak szybko. Nie
przyznałam się mamie, że jestem w ciąży dopóki sama się nie domyśliła.
Wiedziałam jaka może być jej reakcja na tą wiadomość i miałam rację. Miała
pretensje, że znowu dziecko się urodzi nie w porę, bo w żniwa – kiedy jest
najwięcej roboty w polu. Poza tym po co mi drugie dziecko pytała. - Jak to po
co? Żeby córka nie była taką sierotą jak ja i miała z kim kiedyś pogadać i się
spotkać. Urodziłam ślicznego, zdrowego syna. Chorował często, ale były to tylko
drobne infekcje. Nadal pomagałam w gospodarstwie tyle na ile mogłam, aby zająć
się dziećmi. Mimo naszych najszczerszych chęci konflikt między mamą a mężem
nasilał się. Nie mogłam ciągle być ich rozjemcą. Klamka zapadła – wyprowadzamy
się. Było mi bardzo żal, że tak się stało. Teraz wiem, że było to dobre
rozwiązanie, żeby nie doprowadzić do rozwodu. Z dwuipółletnią córeczką i
ośmiomiesięcznym synem zaczęliśmy nowy rozdział – nowe życie.
Lata 1983 - 1990
Źle się czułam w blokowym mieszkaniu – ciasno, głośno, zamknięta w klatce. Będąc
na urlopie wychowawczym miałam sporo czasu. Nadal chodziliśmy do rodziców im
pomagać – miałam krwawiące serce, bo nie tak to wszystko miało wyglądać. Jako
nastolatka nie myślałam, że będę szukać innego mieszkania. Za ścianą mieszkała
rodzina też z dwójka dzieci w podobnym wieku. Zaczęłyśmy się spotykać na kawie i
rozmowach, pomagać sobie wzajemnie, a nasze dzieci razem się bawiły. Tak minęło
kilka lat. Wróciłam do pracy zawodowej. Dziećmi pod moją nieobecność zajął się
mąż i teściowa. Jej zawdzięczam bardzo wiele. Zawsze na jej pomoc mogłam liczyć,
choć sama pracowała na zmiany. Zmieniłam zakład pracy. Sama zaczęłam pracę na
zmiany. Było mi ciężko nieraz. Po nocnej zmianie mało sypiałam, a miałam
obowiązki w domu i u rodziców. Po osiągnięciu wieku emerytalnego przez mamę
gospodarstwo całe przepisali na mnie mówiąc: - teraz to twoje to sobie rób co
chcesz. Nie byłam na tyle głupia, żeby pracować zawodowo tylko po to, żeby
utrzymać nierentowne gospodarstwo jak to było w przypadku taty. Pracował
zawodowo, a spora część pieniędzy na gospodarstwo. Żal mi było rodziców. Całe
życie harowali niewiele mając z tego pożytku Ja tak nie chciałam. Wynajęłam
gospodarstwo spółdzielni rolniczej. Oni opłacali podatki za dzierżawę, a my
mieliśmy już lżej. Do rodziców owszem – chodziliśmy, ale po to by zająć się
ogrodami i zrobić drobne naprawy. Nawet nasze stosunki się trochę poprawiły.
Może mama zrozumiała swoje błędy? Tego się już niestety nie dowiem.
1991 rok
Kupiliśmy starszy samochód, ale na naukę jazdy był dobry. Wyjeżdżaliśmy wspólnie
na wycieczki. Wszystko układało się w miarę dobrze.
Najbardziej koszmarny 1992 rok
W marcu zapisałam się na kurs prawa jazdy. Zanim jednak zaczęłam chodzić na kurs
mama zachorowała i została przewieziona do szpitala. Mimo pracy na zmiany
jeździłam do niej z tatą codziennie Był to też ciężki okres dla mnie – praca,
dzieci, dom, szpital i tak przez dwa tygodnie. Pamiętam jak siedziałam przy
maszynie do szycia i wyszywałam inicjały na ubraniach dla syna, który miał
jechać na „zieloną szkołę”, a po policzkach spływały mi łzy. Wiedziałam, że z
mamą jest źle. Córka o nic nie pytała, a syn tylko otarł mi łzy mówiąc: - nie
płacz mamusiu będzie dobrze. Jakże ja im byłam wdzięczna za te chwile.
Stwierdzono pęknięcia wrzodów żołądka – operacja – niewydolność układu krążenia
– śmierć. Pomogłam tacie przygotować pogrzeb – był załamany. W tydzień o
pogrzebie przyszła do mnie teściowa z „nowiną” – mam raka jadę do szpitala.
Miałam dość. Dopiero co zaczęłam kurs. Zaczął się znów koszmar. Praca - dom –
szpital – kurs - dom – praca.......i tak przez trzy miesiące. Byłam wykończona.
W tym najgorszym dla mnie okresie bardzo dużo pomógł mi mąż. Jakże byłam
szczęśliwa gdy za pierwszym podejściem udało mi się zdać egzamin prawa jazdy.
Była to tylko formalność, bo jeździć umiałam ale potrzebny był dokument. Sama
wyrobiłam sobie prawo jazdy w urzędzie, żeby móc pojechać jako kierowca w
białostockie do rodziny teścia. Wstąpiliśmy na lotnisko dzieciom pokazać
samoloty. Zwiedziliśmy też Wilanów. Teściowa była zachwycona. Słaba jeszcze po
operacji, ale szczęśliwa. Po powrocie czekały ją jeszcze naświetlania.
Zawieźliśmy ją do kliniki onkologicznej. Tym razem jeszcze dalej od domu. Za
zgodą ordynatora w piątki zabieraliśmy ja do domu, a w niedziele odwoziliśmy ją
z powrotem. Operacja i naświetlania przywróciły jej zdrowie – całe szczęście. Od
momentu kiedy mama poszła do szpitala a zakończeniem leczenia teściowej minęło
osiem miesięcy - to był dla mnie najbardziej koszmarny rok.
Lata 1993 - 1998
Tata mieszkał w domu sam – było mu smutno i samotnie. Często prosił abyśmy z nim
zamieszkali. Było to jednak niemożliwe ze względu na stan domu – wymagał
remontu, a on na to nie wyrażał zgody. Przystał na moja propozycję, żeby do nas
na obiady chodzić – i tak nie miał w domu co robić. Zmieniliśmy samochód. Teraz
z tatą jeździliśmy na wycieczki było OK. Tak minęło znów kilka lat. Pewnego dnia
nie przyszedł. Był to zły znak . Pojechałam do niego. Miał pęknięta nogę w
kostce. Zamiast do pracy pojechałam z nim do lekarza. Załatwiłam wszystko. Odtąd
musiałam bywać u niego po kilka razy dziennie na przemian z mężem. Zawoziłam mu
obiady, paliłam w piecu CO. Noga szybko się zrosła – wszystko wróciło do normy.
Jednak co dobre wiecznie trwać nie może. Była wigilia 1998 rok biały puch
pokrywał ziemię, było mroźno, ale pięknie. Miałam zaplanowaną wigilię u nas w
mieszkaniu. Mąż miał przywieść teściową z ojczymem do nas, gdyż miała złamana
nogę. Miałam wszystko dopracowane ........Rano poszłam do taty zanieść chleb
jednak tata mi nie otwarł drzwi. Słyszałam tylko jego cichy wołający mnie głos.
Wróciłam do domu po klucze i przyszłam do taty z mężem. Jak się okazało miał
atak bólu kręgosłupa. Wezwałam pogotowie. Okazało się, że to paraliż spowodowany
skrzywieniem kręgosłupa. Brzmiało to jak wyrok. Na szczęście został w domu ale
przykuty do łóżka, bo nie umiał się zbyt ruszać. Moje plany runęły jak domek z
kart. Pojechałam do teściowej – tam puściły mi nerwy rozpłakałam się. Wypiłam
kawę, uspokoiłam się trochę, przewróciłam wszystkie plany i wigilię jedliśmy u
taty. Było trochę smutno ale miło, bo wszyscy byliśmy razem. Był opłatek i
prezenty, śpiewaliśmy kolędy. Od tego czasu bywaliśmy u taty po trzy – cztery
razy dziennie – taka była potrzeba. Robiłam mu śniadania, kolacje, zawoziłam
obiady, myłam- wszystko to co robi się przy osobie obłożnie chorej. Było to
uciążliwe, bo oboje pracowaliśmy na zmiany, ale dobra organizacja i ten problem
rozwiązała. Dzieci go odwiedzały ale nic poza tym – krępował się ich.
1999 rok
W maju rozpoczęliśmy kapitalny remont domu, abyśmy mogli się wprowadzić do niego
. Byłoby nam łatwiej się tatą opiekować, a przede wszystkim bylibyśmy na
miejscu. Remont robiliśmy sami po trzynaście godzin dziennie. Szczęśliwi ze
skończonego remontu wprowadziliśmy się na święta. Wigilię znowu spędziliśmy
wszyscy razem już w lepszych nastrojach niż rok wcześniej. Praca, opieka nad
tatą – już nie chodził wcale, miał zaniki pamięci. Czasem było mi naprawdę
ciężko. Szczególnie jak mi ubliżał nie wiedząc nawet o tym, on nie pamiętał a ja
starałam się nie pamiętać. Nieraz siadałam przy jego łóżku i rozmawialiśmy o
wszystkim a czasem o niczym. Patrzyłam w jego błękitne oczy i zatapiałam się w
nich widząc jak wiele ma dla mnie uczuć mimo swej choroby. Też go kochałam na
swój znany mi tylko sposób – wyrażałam ją opieką nad nim. Zdążyłam mu jeszcze
powiedzieć, że znaczył dla mnie bardzo wiele. Minął kolejny rok.
Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
Jest 2000 rok. Znowu wigilia - wspólna. W pierwszy dzień świąt pojechałam do
kościoła. Msza była odprawiana za 65-letniego solenizanta. Wtedy pomyślałam „
fajnie by było tacie mszę zamówić na 80-lecie”na pewno by się ucieszył. Wróciłam
do domu i .........szok. Już na podwórzu słyszałam jego krzyk – krzyk bólu.
Wbiegłam do mieszkania i to co zastałam było naprawdę szokiem. Tata spadł z
łóżka tak nieszczęśliwie, że złamał nogę w udzie. Wezwałam karetkę, która
zabrała go natychmiast do szpitala. Ja spakowałam jego osobiste rzeczy i
pojechałam też do szpitala. Zadzwoniłam tylko do męża, że jadę do szpitala i co
się stało. Miałam wolne w pracy więc jeździłam do niego codziennie w porze
obiadowej, nakarmiłam go, umyłam, gdyż nogę miał na wyciągu i wracałam. Po
świętach rozpoczęłam odnawianie klatki schodowej więc po powrocie pracowałam w
domu. Lubię takie prace – było to odreagowanie stresu. W sylwestra pielęgniarki
mi powiedziały, ze stan taty się pogorszył i poprosiły o numer telefonu jakby
co. Dzwoniłam później, ale stan taty pogarszał się. Na noc sylwestrową zostałam
w domu zupełnie sama- córka pojechała na kilka dni do Zakopanego, syn z kolegami
tez mieli swój wieczór, mąż poszedł do pracy a ja? Zostałam zupełnie sama w
pustym mieszkaniu. Serce mi się kroiło na miliony kawałków jak wychodził mąż ze
synem. Chciałam tylko przespać północ, aby nie słyszeć wiwatów nowego roku i
wieku. I przespałam. Przebudziłam się o 2.30 szczęśliwa, że północ mam za sobą.
Napiłam się herbaty, zadzwoniłam do męża do pracy - złożyłam życzenia, wypaliłam
papierosa i ponownie zasnęłam. Wrócił mąż rano, zrobiłam śniadanie i
........zadzwonił telefon – wiedziałam skąd. Pielęgniarka tylko przekazała
informację: - przykro nam – tata o 2.30 zmarł. Za życia zawsze tatę prosiłam –
jeśli kiedyś umrzesz to nie strasz mnie – boje się. I umierając nie przestraszył
tylko delikatnie zbudził – przecież o tej porze ja się przebudziłam – to nie
mógł być przypadek. Pojechałam do szpitala zabrać jego rzeczy osobiste a
następnego dnia załatwiłam resztę spraw związanych z pogrzebem. Zorganizowałam
tez spotkanie po pogrzebie. Kiedy wyszedł ostatni gość – na środku pustej sali
rozpłakałam się. Coś się skończyło – zamknął się jakiś rozdział w moim życiu.
Smutny powrót
Córka widząc moja bezsilność zaprosiła mnie do siebie na kawę, uspokoiłam się.
Wróciłam do domu – pustego domu – mąż i syn pojechali odwieść gości. Było w nim
pusto, obco, zimno. Nikt prócz dwóch psów na mnie nie czekał. One przywitały
mnie merdając ogonami ciesząc się, że jestem. Taty pokój pusty, z nie zaścieloną
pościelą jakby zaraz miał do niego wejść, serce popękane na miliardy kawałków.
Cisza – pustka – nie ma i nie będzie go. Rozdział z nim w moim życiu się zamknął
– stop. Zdarzało się ze przez jakiś czas jeszcze przygotowywałam mu posiłki. Z
czasem zrozumiałam, że nie wróci. Wracałam powoli do codzienności i obowiązków
domowych i zawodowych. Jeszcze za życia taty sprzedałam gospodarstwo rolne, a za
nie zrobiłam właśnie kapitalny remont.
Podsumowanie
Teraz mieszkamy w tym domu nadal. Zajmuję się głównie ogrodami i kwiatami, mąż
sadami i koszeniem trawy. Miło jest posiedzieć wśród kwiatów i drzew. Takie było
moje marzenie z dzieciństwa i lat młodzieńczych - szkoda, że dopiero teraz
spełniło się.
Jeśli przeczytaliście moje pamiętniki wiecie już jakie było moje życie. Życie i
losy dziewczyny z "bidula". Były wzloty i upadki. Los dał mi wiele i wiele też
zabrał. Wszystko co mam w większości zawdzięczam tylko sobie, bo się po prostu
... URODZIŁAM.